
15 sierpnia na Polu Mokotowskim w Warszawie rusza niezwykły plener rzeźbiarski, który gościć będzie w stolicy przez cały miesiąc. Do udziału w wydarzeniu zaproszono siedmiu artystów, którzy przez 10 godzin dziennie tworzyć będą wcześniej zaprojektowane przez siebie rzeźby - nie w pracowni, a w parku pełnym ludzi. Przechodnie w tym czasie będą mieli niecodzienną możliwość podglądnięcia aktu twórczego artystów oraz zaobserwowania procesu powstawania rzeźby, którą po ukończeniu będą mogli podziwiać już jako stały element Pola Mokotowskiego. To właśnie za cel obrali sobie organizatorzy – zbliżenie ludzi do sztuki i artysty, z którym będzie można nawiązać bezpośredni kontakt. Tym co połączy jednego i drugiego będzie powstające dzieło sztuki. W końcu nie każdemu obserwując pracę artysty udaje się zrozumieć jego intencje na pierwszy rzut oka, dlatego organizowany w Warszawie plener i bezpośrednia konfrontacja mieszkańców miasta z rzeźbiarzami tworzącymi dzieła do ich parku, może stać się bardzo dobrą lekcją sztuki. Idea wydaje się interesująca, mamy nadzieję, że nie będzie to ostatnie takiego rodzaju wydarzenie w Polsce. Trzymamy kciuki by inicjatywa się powiodła i przyniosła spodziewane efekty.
Jednocześnie zachęcam do odwiedzania plenerowego bloga i śledzenia postępów prac.
Share on Facebook
Na początku kwietnia miałem przyjemność, reprezentując Fundację Wschód Sztuki, udać się do Lipska, celem organizacji pokazu twórczości polskich artystów video. Przygotowywany przez galerię K.U.B. show był częścią szerszej prezentacji polskiej sztuki w siostrzanym mieście Krakowa. Towarzyszył wystawie „ROCOCO”, na której prezentowane były pracę Małgorzaty Markiewicz, Huberta Czerepoka oraz Romana Dziadkiewicza i performanceowi „Blue Screen” przygotowanemu przez Artiego Grabowskiego, Justynę Górowską i Adama Grubę.
Nie wiedziałem, że Lipsk jest partnerskim miastem Krakowa, tym bardziej zaskoczyło mnie określenie sister city, jakiego używali organizatorzy wydarzenia z galerii K.U.B. Jak się okazało w mieście Wagnera z powodzeniem funkcjonuje filia Instytutu Polskiego z Berlina. Organizował on zakrojony na szerszą skalę festiwal polskiej kultury, który ostatecznie niestety nie doszedł do skutku.
Związek pomiędzy miastami na szczęście nie ogranicza się jedynie do instytucjonalnej kurtuazji. W czasie pobytu miałem możliwość poznać Uwe Seltmanna, który mieszkając w Krakowie i Lipsku bada historie rodziny swojej żony oraz własnych przodków. Projekt “Dwie rodziny, dwie przeszłości – wspólna przyszłość” wychodząc od konkretnych indywidualnych przykładów, wysnuwa szersze wnioski na temat Drugiej Wojny Światowej i jej śladów w teraźniejszej Europie.
Nazwa Lipsk pojawia się po raz pierwszy jako określenie słowiańskiego osiedla z okresu przed rokiem 1000 – „Urbs Lipiensis”. Miałem to szczęście, że przyszło mi mieszkać w starej robotniczej dzielnicy Lindenau (Linde – lipa), w której od lat funkcjonują interesujące inicjatywy społeczno–artystyczne. Prowadzony przez miasto projekt „Stadthalten” to seria organizowanych przez mieszkańców twórczych ingerencji w przestrzeń: budowanie sztucznych wzgórz czy „wydzielanie” parkingu dla pieszych w przestrzeni publicznej (fotografia poniżej). Pod nazwą „Wächterhäuer” (Domy strażników) funkcjonuje program wynajmu za grosze przestrzeni zaniedbanych, w których dzięki temu pojawiają się na przykład galerie: D21 czy prowadzony przez rzeźbiarza publiczny warsztat rowerowy. Staraniem radnych wyjątkowo naznaczona przez rewolucję przemysłową Lindenau rozwija się w drugie centrum artystyczne Lipska, o czym świadczy powstawanie nowych galerii jak Panipanama, Kassette, Ortloff , Lalülala czy A und V.
Jednnym z najciekawszych pomysłów, które wsparło miasto, było odnowienie starej fabryki – “(Baumwoll-) Spinnerei” (przędzalnia wełny), która w końcu lat 90-tych przekształcona została w centrum sztuki i szybko zyskała światową sławę. Zaadaptowany na pracownie artystyczne, galerię i sklepy, duży postindustrialny kompleks jest, jak na pół milionowe miasto, wyjątkowo oblegany. Artyści ustawiają się w kolejkach do wynajmu pracowni, co potwierdza sukces Przędzalni, podobnie jak decyzja miasta o odrestaurowaniu drugiej fabryki – “Tapetenwerk” (fabryka tapety). W Lipsku też z roku na rok coraz aktywniej wykorzystuje się przestrzenie postindustrialne tworząc w starych fabrykach lofty.
Tekst powinien zakończyć się jak amerykański sitcom z przesłaniem, sztampowym hasłem podkreślającym jak wiele możemy się nauczyć od zachodnich sąsiadów. Zamiast tego jednak gorąco zachęcę do wybrania się w karkołomną podróż pociągiem z dwiema przesiadkami (najtaniej Kraków-Wrocław, Wrocław – Zgorzelec, Görlitz – Leipzig wykorzystując Sachsenticket) i zwiedzenia Lipska, najlepiej wykorzystując miejskie rowery i świetnie przygotowaną infrastrukturę ścieżek.
Serdeczne podziękowania za pomoc w pisaniu tekstu dla Rainera Mende z lipskiej filii Polskiego Instytutu w Berlinie.
Share on Facebook
Nie trzeba jeździć aż do Berlina, choć może pojawić się taka chęć po przeczytaniu tego artykułu.
Wystarczy 40 złotych na interREGIO (wybaczcie, proszę, ten niewinny product placement) i ląduje się w naszej stolicy, gdzie jeszcze do końca września trwa transformacja Wisły. To akcja artystyczno-ekologiczno-społeczna, która ma przyciągnąć Warszawiaków nad Wisłę. Działania zakładają tworzenie sztuki dla konkretnej przestrzeni wyznaczonej nad rzeką (lub na rzece), zakorzenienie w kontekście miejsca oraz współuczestnictwo mieszkańców.
Artyści okupujący nadbrzeże przy pomniku Syrenki przekształcili tą przestrzeń w plażę/plac zabaw/wystawę/miejsce doświadczeń naukowych i fantastyczny punkt do odstresowującego posiedzenia, połażenia i pooglądania, z którego mimochodem wiele pożytecznych rzeczy może wyniknąć. Bo na przykład – kogo z nas nie intrygowało w dzieciństwie jak działa aparat fotograficzny? A co dopiero kiedy ten aparat jest wykonany banalnie prostym sposobem, ma rozmiary małego słonia i można do niego wejść (MEGA PSTRYK Marty Kotlarskiej – jedna z realizacji konkursu CARGO, pokazywana od 17 do 22 sierpnia)? Idąc dalej tropem wspólnej pamięci wczesnych lat– pamiętacie śpiewaną piskliwie przez przedszkolaki piosenkę o kolorowym śniegu? W lecie ten zabieg jest stosunkowo trudny do wykonania – można jednak śnieg zastąpić piaskiem, który ma tę właściwość, że nie przemacza butów i przyjemnie chodzi się po nim na bosaka. Przy okazji w wielobarwnej piaskownicy (Park z Kolorowego Piasku Adama Kalinowskiego) własnymi nogami wymieszamy barwy podstawowe i zintegrujemy się z wieloma pokoleniami (nie myślcie, że siedzą tam tylko mamy i dzieci).
Czytaj więcej »
Share on Facebook
W pierwszych słowach chciałbym podziękować Gazecie Wyborczej, dzięki której możemy uzyskać informację o nowych, pomnikowych inicjatywach. Następne podziękowania, tym bardziej zdecydowanie zjadliwe, kieruje w stronę krakowskich radnych, niezawodnych w pobudzaniu krążenia krwi w żyłach mieszkańców. Problemem nie jest jedynie wspaniały pomysł wybudowania treściowo pustego niczym wydmuszka 25 metrowego brązowego klocka utrzymanego w stylu narodowo-dźwigajowym ale samowola Stowarzyszenia im. Płk. Ryszarda Kuklińskiego. W artykule czytamy “Rzeźbiarz też jest sprawny, boję się jednak, że będą nam chcieli utrącić tę inicjatywę konkursem architektonicznym. Ale nie zgodzimy się na żaden konkurs! Jak nam go nakażą, idziemy do innego miasta “. Co do sprawności profesora Dźwigaja nie mamy żadnych wątpliwości, owoce jego pracy możemy przecież oglądać na kilku krakowskich placach. Pan profesor jest przecież naszym krakowskim nadwornym rzeźbiarzem (na przemian z Mitorajem). Zastanawiające jest natomiast że Stowarzyszenie tak chętnie stawia pomnik, będący estetycznie przejrzałym, wtórnym pod względem symboliki (dwukrotnie przestrzelone lewe skrzydło) wybrykiem grupy entuzjastów tematyki narodowej, którzy nie przyjmując żadnej krytyki, roszczą sobie prawa do przestrzeni publicznej. Co więcej grożą że pomnik stanie w innym mieście (najgorszemu wrogowi z Bytomia, Tarnowa czy Olkusza nie życzyłbym budzić się rano i oglądać dźwigarowego orzełka).
Krytykując pomnik daleki jestem od krytyki inicjatywy wybudowania monumentu gen. Kuklińskiemu, jednak nasz orzełek bardziej przypomina fetysz Stowarzyszenia niż hołd złożony postaci, która wpisała się w karty historii Polski. Czy temu faktycznie mają służyć rzeźby upamiętniające osoby i wydarzenia? Co stoi za tego typu inicjatywami jeśli nie spora ilość pieniędzy i całkowity brak otwartości na dyskusję? Czy musimy to tolerować? Zastanawiający jest również brak reakcji ze strony Radnych którzy bezdyskusyjnie i jednogłośnie zaakceptowali projekt. Mam wrażenie że spoglądające na nas z Wawelu setki lat historii Polski sprawiły że w Krakowie pojęcie wtórności i plagiatu nabrało wyraźnie pozytywnego znaczenia. Póki będzie za późno i do grona Skarg, Piłsudzkich oraz dziesiątek papieży dołączy kolejny nie wyróżniający się na ich tle monument Projekt Miejski podejmie działania aby inicjatywa wybudowania pomnika została zweryfikowana przez konkurs.
Share on Facebook
Kto bacznie sieć śledzi ten znalazł w dzisiejszy krakowskim wydaniu Wyborczej artykuł o nowej rzeźbie autorstwa Igora Mitoraja jaka “ozdobi” plac przed Operą Krakowską. Autor artykułu słusznie zauważa że dzieło pasuje do architektury opery choć wydaje mi się, że klarowniej byłoby napisać iż obie są siebie warte. Kontrowersję jakie pojawiaja się wokół twórczości Mitoraja świetnie obrazują komentarze do tekstu jakie pojawiły się w sieci. Wynika z nich że krakowianie jednogłośnie mówią Mitorajowi “dość”. Po co nam tak słaba alternatywa do Dźwigaja? Wizja kilku a nawet kilkunastu mitorajowych rzeźb pod Wawelem jest przerażająca, nie mniej niż ponury żart, w którym autor artykułu sugeruje aby słynna głowa stanęła przed powstającym na Zabłociu Muzeum Sztuki Współczesnej. Dalekie jest to od naszej wizji Muzeum a także egzystencji dzieł w przestrzeni publicznej. Kontrowersję będą zawsze, w końcu to sztuka współczesna, jednak kiedy dotyczą one po raz wtóry tego samego autora stawiającego tendencyjne i kiczowate produkty należałoby się zastanowić co dalej…
Jak zabrać się za “odbrązawianie” niechcianych krakowskich pomników? Co możemy z nimi zrobić po fakcie ich postawienia? Jak należałoby przekonać miasto aby podobne decyzje poparte były debatą?
Share on Facebook