Sadomasochistyczny lajkonik na ulicach Krakowa
1.
Zboczeniec? Diabeł? Perwersja? Seks na ulicy? – Czy „LikeKonik” Kobasa Laksy demoralizuje Kraków? Z pewnością budzi skrajne reakcje – jednych obrzydza i oburza, innych zachwyca. Czy nowa odsłona symbolu Krakowa zaskarbi sobie sympatię mieszkańców miasta i turystów?
„Pax Dominum, Pax Dominum!”- zaczął się modlić starszy pan na widok „LikeKonika”. „Hardcore!”, „Sado-maso!” – wołali z uśmiechem młodzi. Trochę więcej kłopotu miały rodziny z małymi dziećmi – bo jak wytłumaczyć maluchowi, dlaczego tradycyjny lajkonik jest czarny i ma dziwne „przyrządy”? – „Takiego konika widziałem na filmach, ale te filmy nie były ładne.” – próbował sprostać zadaniu młody tata. – „Zobacz kochanie – lajkonik – tylko taki trochę inny….”- skomentowała jedna z mam, zauważywszy po chwili gadżety „LikeKonika”. Ale same dzieci spoglądały z lekkim przerażeniem, zwłaszcza kiedy „czarny rycerz” pouczał ich o potrzebie edukacji. Jest jednak jedno pilnie strzeżone miejsce, do którego „LikeKonik” nie ma wstępu – Wawel. Czyżby nie lubiano tam sztuki współczesnej? Tak przynajmniej zdają się uważać panowie z ochrony…
Aleksandra Powierska
2.
Piotr Śmigłowicz w opublikowanym niegdyś w piśmie Raster „Układzie scalonym sztuki polskiej” tak opisał Krakowian:
„Mają też [mieszkańcy Krakowa] niewartą pozazdroszczenia skłonność do masochizmu: codziennie od czasów średniowiecznych rozpamiętują swoją klęskę – złupienie, spalenie i wymordowanie mieszkańców przez Tatarów. Właśnie na pamiątkę tego wydawałoby się wstydliwego wydarzenia Rado Mariackie przez 24 h na dobę nadaje hejnał mariacki. I dlatego też Krakowiacy czują się pokrzywdzeni.” (Raster. Macie swoich krytyków, Antologia tekstów, wyd. Stow. 40000 Malarzy, red. J. Banasiak, Warszawa 2009, s. 91)
Kobas Laksa nawiązuje do tego wątku w swej pracy stworzonej dla festiwalu ArtBoom: po Krakowie przechadza się nietypowy lajkonik w stroju z czarnej skóry i lateksu. Obwieszony łańcuchami i uderzający biczem doskonale ujawnia krakowskie (i polskie…) umiłowanie porażki, skrywaną pod powierzchnią niezreflektowanej tradycji kulturę klęski i ofiary. Groźny czarny konik zadaje ból, nie czyni go to jednak obiektem nielubienia, lecz wręcz przeciwnie –jest like-konikiem właśnie – konikiem do lubienia, konikiem, którego się boimy, ale i pożądamy zarazem. Odwagi zatem Krakowianie! Odrzućcie wstyd i dajcie się uderzyć lajkonikowi – tym razem jawnie, bez otoczki tradycji, ale nadal z wielką rozkoszą!
Aneta Rostkowska
Share on Facebook









20. July 2010 at 12:29 pm :
Sztuka to chyba zbyt wiele powiedziane – mniej więcej poziom “lepszych” mimów z Rynku – i nie piszę tego złośliwie ;-)
Na ulicach NY nie zauważono by tego – a już na pewno nie komentowano by jako wydarzenia kulturalnego
Co do umartwiania się Polaków – to nie jest to umartwianie sadomasochistyczne a raczej “ładowanie akumulatorów” poprzez jednoczenie się w trudnych sytuacjach – nie każdy naród to potrafi… ja uważam to za piękną cechę – bez tego nie byłoby zrywów narodowych, solidarności, nie byłoby akcji Owsiaka i innych działań wypływających wprost z polskich serc… nie dajmy tego zniszczyć… ani sprowadzić do niemieckiego sado-maso
31. July 2010 at 8:01 pm :
Nie jest dla mnie jasne, dlaczego uważasz, że ta praca jest zła – możesz to wyjaśnić?
Ja powiem tak – nie uważam, że Like-konik to jakieś wybitne dzieło sztuki współczesnej, to raczej psikus, artystyczny żart, oddziałujący na publiczność na wielu różnych poziomach – z jednej strony bardzo ludyczny, wywołujący zabawę, z drugiej – zwracający uwagę na pewną cechę Krakowian i zapewne Polaków w ogóle.
To ciekawe, co piszesz o ładowaniu akumulatorów. Jasne, wspólne cierpienie i wynikający z niego ‘zryw’ mają moc jednoczącą, jest w tym coś pozytywnego. Niemniej ‘naród’ może się jednoczyć na różne sposoby i wcale nie jestem przekonana, czy taka okazjonalna jedność w cierpieniu i ‘zrywie’, jaką upamiętnia lajkonik, jest najlepszym z nich. Bardziej odpowiada mi jednoczenie się ‘codzienne, mniej spektakularne, ale często przynoszące większy efekt niż jednorazowa akcja.
Pewnie oba rodzaje są potrzebne, problem powstaje, gdy zostają zachwiane proporcje i jeden z nich zaczyna przeważać, a tak zdaje się być u nas.
Przywołujesz akcję Owsiaka – jasne, fajna sprawa, dobrze, że jest, dzięki niej wielu Polaków robi coś dla kogoś, kogo nie zna/kogoś, kto nie jest jego bliskim itd. Szkoda tylko, że ten jednoczący gest ma wymiar minimalny na ogół ograniczając się do zbierania/dawania pieniędzy oraz że jest jednorazowy. Fajniej byłoby moim zdaniem, gdyby towarzyszyło temu jednoczenie się na co dzień, choćby przez wolontariat/pracę w organizacjach pozarządowych itp itd