Kamieniołom demokracji?
Obdarzony przeciętną świadomością mieszkaniec Krakowa w toczącej się od prawie dwóch lat aferze zakrzówkowej miał ochotę kolejno: rzucić się z pustakiem na dewelopera, przyszpilić motyle, powiesić na gałęzi ekologów, utopić nurków, przykuć do skał wspinaczy, ogrodzić drutem kolczastym mieszkańców, zdzielić szpadlem właścicieli działek, spalić przyrodników na stosie z ich ekspertyz, wreszcie zabetonować raz a dobrze magistrat z całą zawartością. Słuchając mających się nijak do rzeczywistości wzajemnych oszczerstw sama mam ochotę na jedno – zapaść się nad wodą w trawach i kwietniowym słońcu. Tej wiosny jednak uniemożliwia to stan wojenny i taranujące wszystko na oślep bojówki. Bo Zakrzówek, robiąc konkurencję temu pychowickiemu, stał się poligonem.
Starcie tak wielu interesów oraz gwałtowna obecność dyskusji w prasie i sieci spowodowała, że zrezygnowano z rzetelności argumentów na rzecz trywializacji i ekstremizacji stanowisk przeciwników. W efekcie niepostrzeżenie stała się rzecz bardzo niebezpieczna – w morzu problemów zastępczych rozmył się rzeczywisty temat sporu.
Łatwo jest zirytować się formą wymiany zdań i z poczuciem moralnej wyższości obrażać na całą sprawę. To jednak nie usprawiedliwia manipulacji znaczeniami i twierdzenia, że chodzi tu o rozwarte szczęki dewelopera, czy grupkę ludzi w pseudoekologicznych płaszczykach walczących o prywatne interesy.
Choć ekologia jest zgrabną figurą retoryczną, jej użycie wprowadza kategorię przymusu, a tym samym zamyka drogę dyskusji o ignorowanych, mimo że równie istotnych, problemach. Dlatego decyzją o pozostawieniu Zakrzówka naturze nie powinno kierować utworzenie zespołu przyrodniczo-krajobrazowego lecz interes społeczny. Dopiero uznanie tego argumentu da nadzieję na ewolucję miejskiego myślenia przestrzennego. Obecny protest nie jest bowiem jednorazowym ekscesem, lecz próbą interwencji w konsekwentną strategię miasta – lekceważenie inwestycji w nową zieleń miejską i przyzwalanie na zalewanie betonem resztek tej już istniejącej. [Na scenę wychodzi urzędnik z toczącą pianę teczką i, jako bezwarunkowym kontrargumentem, oskarżeniem o bezrozumne blokowanie rozwoju] – jego prawo. Skoro jednak krakowianie coraz silniej łączą obecną prezydenturę z nieopanowaną, rabunkową, wyniszczającą przyrodę zabudową, może mądrzej wreszcie zastanowić się nad przyczynami takiego myślenia.
Zatem, wracając do meritum: wszystkie strony zgodnie twierdzą, że faktycznym problemem Krakowa jest brak perspektywicznego myślenia. Sęk w tym, że jedni zarzucają go bałaganiarskim miejskim praktykom, inni mieszkańcom protestującym doraźnie. Czy jednak w tym drugim przypadku kazus Zakrzówka miałby szansę wyjść poza szczebel lokalny? Wątpię. Jestem natomiast przekonana, że jego skala powinna być dla miasta sygnałem, że dostaje za darmo cenne narzędzie planowania – wiarygodny wskaźnik nowych społecznych tendencji i potrzeb mieszkańców. Trudno nie zauważyć, że ten materiał jest też rozproszonym w Internecie ale solidnym wkładem krakowian w projektowanie wspólnej koncepcji. Jednak, wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, z uświadomieniem sobie tego mają problem zarówno władze, jak media.
Zatem zamiast sprowadzać spór do walki dewelopera z motylami warto poćwiczyć przestrajanie ogniskowej na funkcje bardziej dalekowzroczne, do czego Zakrzówek idealnie się nadaje. Jest on bowiem skondensowanym przykładem długofalowego myślenia o południowo-zachodniej części miasta. Warto przypomnieć, że kilka lat temu była ona jednym z najprzyjaźniejszych mieszkańcom obszarów Krakowa. Prognozą umocnienia tej cechy był plan stworzenia kanału ulgi dla Wisły i wydzielenie w ten sposób otoczonego wodą, zielonego terenu z narzucającą się funkcją rekreacyjną.
Stało się jednak inaczej i przestrzeń, już i tak okrojona budową mostu Zwierzynieckiego i prowadzącej doń szosy, jest od lat sukcesywnie zmniejszana budową kolejnych osiedli. Mimo to wciąż jest bezcennym wentylem dla księżycowego krajobrazu Ruczaju, którego mieszkańcy pędzą wyasfaltowany półżywot niczym bohaterowie futurystycznych powieści Dicka. Co gorsza staje się też enklawą dla Dębnik zamieniających się w miejski parking pośród zabytkowej, jednorodzinnej zabudowy, której niegdysiejsze ogrody zarasta kilkukondygnacyjny beton kiepskiej jakości. Trzeba liczyć się z tym, że przez najbliższych kilka lat będzie tu gęstnieć dzięki boomowi budowlanemu zapoczątkowanemu pomysłem na centrum kongresowe. Próby hamowania tego procesu, wyjąwszy sprawę Parku Dębnickiego, byłyby tyleż daremne co nieracjonalne wobec zrozumiałej konieczności rozwoju miasta.
Zatem, uczciwie analizując te procesy, można powstałe inwestycje traktować wyłącznie jako dowód cierpliwości i wyrozumiałości krakowian, a nie histeryczność czy brak dobrej woli. Teraz kolej na okazanie tej ostatniej przez polityków. Dla ich własnej korzyści, bo inaczej niechybnie zidiociejemy w galarecie szarej zmechanizowanej frustracji. Wtedy władzom zabraknie środków na leczenie epidemii depresji, a pogrążonym w niej mieszkańcom sił na inwestowanie codzienną pracą w dalszy „rozwój” miasta. Jednym słowem – dopóki będziemy preferować w mikro- i makroskali strategie wyjaławiającej gospodarki, dopóty pozostaniemy zależnym od zewnętrznych mecenasów krajem trzeciego świata.
Na argument, że Krakowa nie stać na nieużytek niemal w centrum miasta można odpowiedzieć jedno: rzeczywiście. Znacznie potrzebniejsze są tu tereny rekreacyjne, które będą służyć nie czterem tysiącom mieszkańców osiedla, a wszystkim chętnym. W sposób bardziej trwały niż jednorazowy zastrzyk deweloperskiej gotówki. Tę zależność potrafili zrozumieć radni Warszawy, w której w przeciwieństwie do Krakowa nie brak parków, każdy metr zieleni w centrum jest dużo kosztowniejszy, a developerzy bardziej roszczeniowi. Podobnie jak w przypadku Pola Mokotowskiego, ten skrawek Zakrzówka urósł do rangi bastionu, a równie istotna co sporny teren stała się sama forma jego obrony. Jej ponadśrodowiskowy zasięg jest dowodem narastającego poczucia społecznej odpowiedzialności – emocji coraz częstszej wśród budzących się z obywatelskiego letargu krakowian.
Bez wątpienia społeczna reakcja jest pierwszorzędnym materiałem badawczym dla miejskich analityków. Jeśli nie zechcą z niej wyciągnąć wniosków, zniszczą nie tylko Zakrzówek, ale też zalążek mądrego obywatelstwa, które, by wyjść z dotychczasowego, męczącego dla wszystkich poziomu wzajemnych oskarżeń, musi mieć szansę dojrzeć. Do tego zaś potrzebuje warunków, których stworzenie powinno być inicjatywą miasta. Nie podejmując jej władze dobrowolnie odbierają sobie prawo krytyki jakości dialogu.
Z nadzieją, że tak się nie stanie czekam na kolejny ruch, który w tym modelowym przypadku należy odczytać jako programową deklarację miejskich strategii w ogóle. Oby bliższe były krzesaniu niż łamaniu demokracji.
Pewnym jest, że parę lat temu, ustalając warunki zagospodarowania tego terenu, urzędnicy popełnili błąd. Teraz musimy wspólnie ustalić, w jakiej formie poniesiemy za niego odpowiedzialność. Jedno jest pewne – tej ostatniej mieszkańcy już, niezależnie od decyzji, nie unikną.
*Zdjęcia (dzięki uprzejmości autorki tekstu :) ) Holyrood Park w Edynburgu nie mają dezorientować czytelnika, przeciwnie – być ilustracją do tekstu. Są przykładem fantastycznego funkcjonowania “nieużytku” w centrum miasta o podobnej co Kraków specyfice. Skojarzenie jest na tyle czytelne, że choć niezależnie, nie jestem pierwszą osoba, która o nim pomyślała. Warto jednak przywoływać je jak najczęściej zwłaszcza, że wspólnym atutem jest tu dzikość terenu. Wprowadzając infrastrukturę w taką przestrzeń łatwo nieodwracalnie zniszczyć jej fenomen. Jak widać nie jest to konieczne – w końcu któż zna się lepiej na parkach od Brytyjczyków?
I już ostatnia, nasuwająca się w tym kontekście kwestia – zwolennicy zabudowy przekonują, że sporny teren to tylko nieużywana łąka, z której mieszkańcy i tak nie czerpią korzyści.
Trzeba uczciwie podkreślić, że niezależnie od decyzji “korona” tego terenu, czyli zalew i skałki zostaną pozornie nienaruszone. Jeśli jednak pozbawimy je buforowego terenu łąk, zmieni się ich charakter, przestaną być wyizolowaną głuszą w centrum miasta – wraz z rozrastaniem się tego ostatniego coraz cenniejszą. A to jest głównym, także dlatego, że marginalizowanym, niebezpieczeństwem całego sporu.










Leave a comment